Jarosławowi Iwaszkiewiczowi 

Okrągli gentlemani w zielonych szpaklakach
Na okarynach grają lisztowskie "Funerailles"
Na brudnym płocie wisi mój jasnożółty plakat
w kawiarni na werandzie kakao pije maj

Ulicą idą wolno dwa długie sznury pensji
Na płytach trotuaru jak brylant skrzy się dżet
spojrzenia powłóczyste przez przymrożone rzęsy
soczyste są jak likier i pachną Coeur de Jeanette.


Było złote, letnie rano w szumie kolnych heksametrów. 
Auto szło po równej szosie, zostawiając w tyle kurz.
Zbity licznik pokazywał 160 kilometrów.
Koło nas leciały pola rozpluskanych, żółtych zbóż.
Koło nas leciały lasy, i zagaja, i mokradła,
Jakaś łąka, jakaś rzeka, jakaś w drzewach skryta wieś.
Ja objąłem Panią ręką, żeby Pani nie wypadła.
Wicher zdarł mi czapkę z głowy i po polach poniósł gdzieś.

Pani śmiała się radośnie błyskawicznym tremolando,
Obryzgany pani śmiechem śmiał się złoty, letni dzień
I w dyskretnym cieniu ronda z żytnich kłosów ogiriandą
Nasze usta się spotkały jeszcze pełne świeżych drgnień...

Może pani chciała krzyczeć? Świat oszalał jak od wina...
Wiatr gwałtowny bił w policzki, wiatr zapierał w piersiach dech.
Auto szło wariackim tempem 160 wiorst godzina.
Koło nas leciały pola, kępy drzew i czuby strzech.