Śpiew propellera do słów Heredii,
Kiedyś zgubionych w smaltowej mgle...
Grałem jej jedną z moich komedii
W ekstrapowietrznym tylko-en-deux.

Słońce do głowy biło ekstazą.
Słowa spływały w jeden refrain.
Obserwowała mnie bezwyrazo
Spod tangoszalu przez face-?-main.

Nie wiem, czy brała, com mówił, serio.
(Dwie lekkie linie w kącikach warg...)
Pod nami warczał rytmiczny Bleriot
I wiatr całował błękitny kark


domy skaczą w konwulsjach sklepień 
krew bulgoce ustami rynien
ręce moje wyciągam ślepe:
oddaj oddaj cóżeś nam winien!

gwiazdy z nieba lecą jak wiśnie
ostre dreszcze wstrząsają światem
znowu przyjdzie zgwałci i ciśnie
noc-megiera w kolczykach świateł

puść nas! puść nas! dosyć już czekam!
otwórz wszystkim nieznane dróżki!
daj nam także do dzbanka z mlekiem
z chmur łyżeczką zbierać kożuszki

słyszysz dzieci co cię wołają?
przyjdź już! przyjdź już! weź nas i prowadź!
po alejach twojego raju
daj nam raz się przespacerować

czemu czemu karcisz nas gniewem?
złość otrząsam jak drzewa z szyszek
przed twym tronem stoję i śpiewam
otom panie święty franciszek!

przyjm nas! przyjm nas! wszyscyśmy święci
dobrzy ludzie prości i cisi
po cóż twarz twa jak kula rtęci
słońcem czarnym nad nami wisi?

jakoż brama twoja zamknięta?
otwórz! otwórz słyszysz kołatam!
przyszły lata naszego święta
wszystkich ludzi z całego świata.

zejdź już! zejdź już! nie każ się prosić!
dokąd każesz daremnie grzmieć mi?
krwi twej ofiar mamy już dosyć!
ciesz się z nami twoimi dziećmi!

po cóż po cóż na krzyżu pościsz
łaski swojej skąpisz wybrańcom?
dobrzy ludzie cisi i prości
dawny świat ten zbawili tańcem

długo byłeś ze swoich sług rad
płacz nad nami świętymi w złości
o twe racje któreś nam ukradł,
z aniołami rzucamy kości!