Syntezja 

1

Noc zimna.

Zła.
Przejmująca. Czarniawa. Chłodnista.
Nie widać ani źdźbła,
Deszcz leje jak z cebra,
Na rogu policjant - statysta
Pod połę karabin podebrał,
Otulił się ceratowym płaszczem,
Chodzi wolno, błyszczący jak widmo,
Deszcz mu spływa z kaptura na oczy.
Po twarzy go chlaszcze.
Moczy
Bębni po ceracie woda.
Raz... raz... pach-pach-pach... raz...
Woda...
E h, czas!!
Psa wygonić szkoda!
Bieda nadała-ż!
Bębni, bębni po ceracie woda.
Brzęczy cicho podwiązany pałasz.
Deszcz... deszcz... deszcz... po butach chlupie.
Chodzi wolny, zziębnięty, miarowy,
Zatrzymując się przy każdym słupie,
Posterunkowy.
Z dalekiego czarnego zaułka
Zawarczało - zadudniło - zajękło.
Zabłysnęły dwa czerwone kółka.
Wynurzyło się spóźnione auto.
Pędzi, pędzi środkiem jak burza.
Przeleciało z hukiem po kałużach,
Obryzgało od butów do głowy,
Zostawiło w nosie swąd niezdrowy
I na wargach smak kwaśny jak ocet.
Jeszcze z dala się trąbką rozlega...
- Też diabeł dał to!
- Będzie się włóczył po nocy!
- Elegant!
A tam znów dwóch
Wzięli się pod ręce.
Zachlapani po brzuch.
Dobrze cięci.
Idą prosto środkiem -
Nie skręcą.
Brzuchy naprzód wypięli jak tanki. Tylko
patrzeć, zrobią burdę.
Na rogu dom. Jasno
oświetlony. Różowe
firanki. Ciepło. Przytulnie.
- Burdel.

2

Na dole w dużej, oświetlonej sali
Z pluszowych bordo mebli pokrowce zdjęte.
Dwaj młodzieńcy, jeden starszy
Czekali.
Wszystkie panienki zajęte.
Siedzą mroczni. Milczą.
Noc ciemna. Dżdżysta.
Pali się elektryczny żyrandol.
Na pianinie student jurysta
Gra powolnie, rozmarzające
Farandolle...
I pada deszcz...
Eh, życie!...

3

Jak grywałem ja ci. Stasiu, Griega,
Musorgskiego, Powiedziałaś ty mi.
Stasiu, - Nie klej naiwnego.
O, Stasiu, Stasiu,
Nie klej naiwnego.
Jak czytałem ja ci. Stasiu,
Błoka z Tetmajerem,
Powiedziałaś: - Kup mi lepiej
Kapelusz z rajerem.
O, Stasiu, Stasiu,
Kapelusz z rajerem.
Jak uczyłem ja cię. Stasiu,
Składni, geografii,
Powiedziałaś: - Chciałbyś darmo.
Każdy tak potrafi. -
Oj, Stasiu, Stasiu,
Każdy tak potrafi...

4


Za portierą,
Po schodkach,
Na górze
Zabiegały przyśpieszone kroki...
Głosy... Głosy... Gwar... Rumot... Stąpania...
Co?... Policja?, . Obława? .. Rewident?...
Niee. Nic, nic.
Maleńki incydent...
Z pokojów wychylają się goście przygodni.
Przysłuchują się...
Skandal poczuli.
Na korytarzu stoi łysy staruszek
Bez spodni.
I krzyczy. Dziewczyna rozczochrana, w koszuli,
Wtuliła się w kąt za schodów
Jęczy:
- Nie mogę już...
- On mnie zamęczył... -
Staruszek zaspany Mruga w świetle oczkami szklistymi od sadła
I krzyczy w kółko:
- Trzymajcie ją! Trzymajcie! ..
- Ona mnie okradła!. . -
- Co-o?... Kto pana okradł? Gdzie pana okradli?!
- Pijany! Wariat!
- "U nas jeszcze nie było wypadku... -
Ucichło. Ucichło.
W czarnej nocy gdzieś dzwonił telefon:
Halloo! Dziewiąty komisariat... -

5

Deszcz mży. Zacina.

Chłodny. Miarowy.
Moknie na rogu
Posterunkowy.
Naciągnął kaptur.
Okrył się płaszczem. Deszcz go natrętny
Po twarzy chlaszcze...
I gwiżdże wiatr...
Z czarnego gardła ulicy,
Z samego spektrum
Z sykiem rozdarł ciemności
Żółty reflektor.
Szeleści woda. Wicher powiał.
Pędzi karetka pogotowia.
Wymościła światłem drogę.
Widno...
Pędzi cicho, bez szelestu.
Węszy po ulicach,
Jak widmo,
Gdzie?... Gdzie?.. Może tu?.
Tuu - tuu - tuu ...

6

Znowu ucichło.
Deszcz lunął gęstszy.
Zegar na wieży wybił trzy.
W imię Ojca i Syna !!
A to co!?...
Na skręcie ulic Lampy migocą.
Lampy. Lampy. Lampy.
Wysypały zza węgła łańcuchem.
Białe. Oszalałe.
Biegną gdzieś, uciekają gdzieś, lecą parami
Ulicami. Bulwarami.
Nie zakręcą ani razu.
Raz - dwa - trzy! Raz - dwa - trzy!
Idzie mazur.
Para za parą! Para za parą!
En avant!
Eh, zimno!
Przyleciały armią szybką, stulicą
Nad zziębniętą, ogłupiałą ulicą.
Zarzuciły łyse głowy
Na bakier.
Żegna się w trwodze posterunkowy
I spóźniony fiakier.
Popędziły dalej w tańcu,
Wywijany, długi łańcuch,
Ulicami.
Zaułkami.
Bulwarami.
Zapędziły się na most nad rzeką.
W wodzie szarej i sinej
Przeglądają łysiny.
Lampy. Lampy. Lampy...
Na moście stał jeden,
Trzymał się rampy,
Wymiotował w czarną wodę żółte bluzgi.
Blask mu oświetla żółty profil starczy...
Pod mostem woda bulgoce.
Przewala się. Jęczy.
Wzdycha i warczy.
Woda.

7

Na piaszczystym nadbrzeżu stłoczyły się lampy.

Każda 300 świec.
Zaroiły się lampy.
Wiec.
Na brzegu mokną sieci zatknięte na wiosła.
Tam, dalej nieco,
Kilku ludzi. Z latarniami.
Policjant.
Pochyleni nad czymś czarnym, bezkształtnym.
Świecą.
Co?
Woda przyniosła.
Męty...
Kobieta. Twarzy nie rozpoznać.
Zzi cieniała. Cuchnąca. Tragiczna.
Brzuch wydęty.
Ciężarna. W dziewiątym miesiącu.
Z ubrania fabryczna.
Odwrócili głowy chłopi,
Rybacy.
-Nowina!. .
Mało to się kurw topi...

8

Zimny deszcz.

Sina rzeka.

Woda.

Jęczy. Bulgoce. Narzeka.

Zerwała śluzy.

Wzdyma się. Przybrała groźna.

Toczy z pluskiem czarne bańki.

Po brzegach, bokiem

Migają domy. Czarne. Pokrzywione.

Gruzy.

Szczerzą zęby ślepych okien.

U Czarnej Mańki.

Wino.

Zalatuje harmonia. Wesoło.

Deszcz ścieka...

Eh, dola !

Płacze, beczy harmonia z daleka.

Przyśpiewuje

- Poszła dzieucha do miasta.

- Um-ta-ta. Um-ta-ta-ta-ta.

- Powróciła brzuchata.



- Um-ta, Um-ta. Um-ta-ta-ta.

- Oj ty wodo, wodo czarna,

- Śmiertelne kochanie.

- Oj przytulisz ty mnie, wodo,

- Na ostatnie spanie!

- Um-ta. Um-ta. Um-ta-ta-ta.

- Na ostatnie spanie...



9



Deszcz tnie miarowy.

W szyby wodąpluje.

Chodzi, chodzi na rogu posterunkowy,

Co się zatrzyma - nasłuchuje... Nic.

Okna zapuściły story.

Tam, w hotelu,

Światło całą noc się pali.

Ktoś chory.

Po doktora posyłali.

Przez okno widać czasem wysmukłą szatynkę

Cieńmy, głuchy cały parter...

Na trzecim piętrze światełko.

Starszy pan zwabił do siebie siedmioletnią dziewczynkę

I gwałci ją na fotelu.

Dziecko ma oczy szeroko rozwarte...

Na rogu posterunkowy chodzi

Tam i na powrót. Tam i na powrót

I patrzy w czarne okna.

Zza węgła podpatruje go złodziej.

Deszcz pada. Mokną...

Ciemno. Cicho. Czarno.

Nikt się nie ozwie, nie zbudzi.

Pracuje, pracuje w nocy

MIASTO - FABRYKA LUDZI.

Przewracają się w łóżkach podlotki.

Straszno. Zaparło dech.

Śni im się pierwszy, taki słodki,

Taki bolesny grzech.

Czernieją okna. Wszystko śpi.

Szaaa!... Czyjeś kroki za bramą...

Po burdelach, hotelach, po ch ambrę gamie

Tysiącem tłoków w rytmie krwi

Pracuje gigantyczne Dynamo.

Na kilometry sienników rozparło się Miasto

Wielki, parzący się kurnik.

Będzie miał jutro robotę

Ze swoją armią krościastą

Dyżurny lekarz skórnik.

Po poczekalniach, po lecznicach

Przepastnych jak lejki,

Po ambulatoriach szpitali -

Długie, pstre, nieskończone kolejki,

Jak wielka taśma slucka.

Czarny robociarz i biały bankier

Z bijącym sercem

Czekali.

- N-tak... Twardy szankier.,.

- Sprawa ludzka...

10

A deszcz pada.

Deszcz pada.

Drobniutki.

Aksamitny.

Błękitny.

Powietrzny.

Nad rynsztokiem siadły w szereg smutki.

Płaczą płacz swój odwieczny...

Ulicami chodzi cisza, chodzi.

W czarne okna przez szyby zagląda.

W czarne okna, zamknięte jak groby.

Wspina się na palców koniuszkach.

Twarz do szyb zapotniałych przyciska

I patrzy... -

Białe rozczochrane łóżko.

Rozrzucone części garderoby.

Pod łóżkiem nieodzownie zwykły sprzęt złowonny,

Na spoconym czole prostytutki

Spoczęły w ciszy tingl-tanglu

Palące usta Madonny.


Świat 
zawisnął
na liczbie
jak na belce dźwigara!
W każdej linie - krzyk pręży się czyjś!
Tylko nas
tylko nas
jak bezcenne cygara
zatrzasnęli
w szkatułkach bez wyjść!
Tylko nas
tylko nas
krągłogłowych i białych
jak żyjące odsetki ich rent
zatrzasnęli
jak w sejfach swoich kas ogniotrwałych
w czarnych domach
tłuc głową
o pręt!
Dzień
przysyła nam co dzień
noc
przemądrą znachorkę
Z wąskich palców tchnie słodycz i chłód - -
Gdzieś
za ścianą
ćmią miasta czarnych tłumów machorkę
w fajkach fabryk
warsztatów
i hut
Długo człowiek na popiół w nich się zwęglał
i błyszczał
Skargą dymu
do nieba się piął - -
Suchym kaszlem
gwałtownym
i chrapliwym
jak wystrzał
przyjdzie kiedyś
wykasłać go
z krwią!

We snach
skaczą
jak szczury
ręce chwytne i krewkie
w deszczu weksli
banknotów
i kart
Wszystkie rzeczy na świecie
mają szorstką podszewkę
z naszej krzywdy
rapatej
jak part
Armia, mrówek nam wszechświat na atomy rozkradła
poznaczyła je:
który i czyj - -
W naszych skrzętnych mrowiskach
nasze domy-widziadła
będą sterczeć już zawsze
jak kij
Za oknami nam huczy wieczny odpływ
i przypływ
szumem kropel
namolnym
i złym
Żmudny kadryl bezmyślny
lat przestępnych i zwykłych
był łańcuchem jesieni i zim
Kiedyż wreszcie
na syren zachrypniętych skowronkach
sfrunie wiosna dla wszystkich na świat?
Na Pawiakach
w Brygidkach
po Łukiszkach
na Wronkach
my czekamy
czekamy
od lat!

Przyjdzie dzień twój -
o tłumie!
i przegródki dni martwych
runą
dane na twardy żer łbom
Wypłyniemy
na falach twoich ramion
i bar twych -
sześć tysięcy Alainów Gerbault!
Będzie w górze
nad nami
migot źrenic
jak w lustrze - -
trzask łamiących się lodów i form
Po cieśninach
zatokach
z najludniejszych w najpustsze
będzie ciskał
i huśtał nas
sztorm

Przyjdzie czas
przyjdzie czas
szale wagi się chybną
Jeszcze rok
jeszcze dzień
jeszcze pół - -
Może nam właśnie
nam
być tą kroplą niechybną
Co ciężarem
przeważy ją
w dół - -
W wrzawie obcych protestów
w zgiełku słów byle o czem
zagłuszając ich nicość i czczość
skrwawionymi rękami
w czarne ściany łomocem:
O - otwórzcie!
Otwórzcie!
Już dość!