Już od dawna z latarni zdarto krepy abażur, 
Z szpalt dzienników spłynęły czarnych liter strumienie.
W oddalonym grobowcu na kalwińskim cmentarzu
Pochowała już Polska swe krwawiące sumienie.

Ozdobiła Mu szyję w wielkiej wstęgi naszyjnik,
Rozkazała jednemu: Ty mu pokłon swój udasz!
W kornej ciszy narodu zagorzały partyjnik
Wielkiej piersi wystygłej dotknął ręką jak Judasz.

Dziś jest cicho i prosto, jakoś mdławo i ckliwie,
Dni mijają za dniami jednostajne jak kierat,
Jak by nic się przez fakt ten nie zmieniło właściwie,
Że na Zamku w Warszawie umarł jeden literat.

Tylko krzyczy zaklęte w karty książek dziedzictwo,
Że w nich żyje coś więcej niż wspomnienie poddaństwa,
Że umarło z nim narodowe dziewictwo,
Zdeptane butami rodzącego się Państwa.

Dziś, gdy sen nasz o chlebie w dłonie noże nam kładzie,
Bezlitosny jak nędzarz, co podzielił swój dom z kim -
Dla tych, którym się jeszcze sen majaczy o szpadzie,
Sen o Polsce bezgrzesznej - będzie snem o Żeromskim.


Zielone są ręce moje, 
i zielone są oczy moje,
i zielone są rzęsy moje,
jak peperment...
Biała nuda usiadła w kucki na czarnym dywanie
i podaje mi fajkę
nabitą antypiryną.
A ze ściany vis a vis łysy, wyuzdany
zegar uśmiecha się do mnie z wyrazem
najdwuznaczniejszych propozycji...